Aż do dzisiejszego wyścigu Roman Biliński był jedynym kierowcą w tym sezonie, obok Nikoli Cołowa, który zdobywał punkty w sześciu wyścigach z rzędu. Swoją świetną passę mógł podtrzymać w głównym wyścigu na Spa-Francorchamps, do którego startował z ósmej pozycji. Jego plany pokrzyżował jednak jeden z rywali już w pierwszym zakręcie.
Polak wystartował dobrze, ale już w pierwszym zakręcie został uderzony przez Gabriele Miniego. Włoski kierowca trafił w bok jego bolidu, powodując uszkodzenia. W wyniku kontaktu Biliński częściowo się obrócił i wrócił do rywalizacji pod koniec stawki.
Mimo to zdołał walczyć o wyższe pozycje i w pewnym momencie awansował nawet na jedenaste miejsce. Wtedy jednak wyścig został przerwany po tym jak Laurens Van Hoepena mocno rozbił swój bolid, który dodatkowo zaczął się palić. Na torze pojawiła się czerwona flaga, a kierowcy zjechali do alei serwisowej.
Po wznowieniu rywalizacji okazało się, że uszkodzenia bolidu Romana są na tyle poważne, że nie jest on w stanie nawiązać normalnej walki. Problemy nie były jedynie powierzchowne — doszło również do uszkodzeń mechanicznych.
Biliński próbował kontynuować jazdę, jednak z każdym kolejnym okrążeniem spadał coraz dalej i nie miał szans na skuteczną rywalizację.
Polak został ponownie wezwany do pit-stopu, aby sprawdzić, czy da się jeszcze coś zrobić. Niestety okazało się, że usterki wymagają głębszej naprawy, której nie można przeprowadzić w trakcie wyścigu. W tych okolicznościach Roman Biliński musiał wycofać się z rywalizacji.
Wyścig wygrał Rafael Camara przed Tasanapolem Inthraphuvasakiem i Nikolą Cołowem.
Kolejna runda odbędzie się już za tydzień na torze Hungaroring. To najbardziej „polska” runda w kalendarzu, ponieważ właśnie na Węgrzech pojawia się zwykle bardzo wielu biało-czerwonych kibiców.